Klienci polecają
  • Yerba Mate TARAGUI MARACUJA i POMARAŃCZA

    Autor: Krystian, Wołów
    Dobra, ale nie najlepsza. Smak wyraźny i przyjemny, ale w moje gusta bardziej trafia gruszkowa. Tak czy inaczej polecam jako odskocznie od klasyków

Natalia. To zdarzyło się naprawdę

 Natalia


 Tak dokładnie pamiętam tamten dzień, wrył się w najgłębsze zakątki mojej jaźni każdą sekundą swego trwania. Zaprzedałbym duszę diabłu, bym mógł przeżyć go choć jeden raz znowu i poczuć to, co wtedy. Zmierzchu i nocy nie pamiętam, utonąłem cały: ciało, duch, umysł, w jakimś niewytłumaczalnym ogniu namiętności, szaleństwa, widziałem tańczące atomy i czułem, że jestem połączony z każdym człowiekiem na świecie, czułem, że wiem, co się dzieje w sercach wszystkich ludzi.

  Peru, Boliwię i Ekwador kochałem od dziecka, od chwili, gdy jako nastolatek po raz pierwszy gdzieś na dworcu usłyszałem na żywo muzykę Andów. Wtedy, Indianie posługujący się językami hiszpańskim, Quechua i Aymara przyjeżdżali do nadwiślańskiego kraju na studia, a ja, zakochany w ich żywiołowości i w szczerym, ekscytującym przekazie muzycznym, zacząłem studiować język hiszpański i grę na ich ludowych instrumentach. Po kilku miesiącach potrafiłem wygrać wszystkie zasłyszane andyjskie melodie na charango, quenie, zamponii. Jednak podróż do krajów moich marzeń była niezwykle droga, mogłem sobie jedynie potęsknić do odwiedzenia tych miejsc i stanięcia oko w oko z nastoletnimi marzeniami.

  Było tak aż do chwili, gdy jedna z światowych agencji modelek poprosiła mnie o zdjęcia niewypowiedzianej słowami piękności kreolskiej imieniem Natalia. Oszałamiające przeżycie dla mnie jako fotografa – dostaję bilet lotniczy i opłacony hotel pięciogwiazdkowy nad samym oceanem w Limie na czas dwóch tygodni. Wręczając mi dokumenty szefowa agencji mówi – tylko spraw się jak zwykle, czyli dobrze, Powidoku…

  Natalia była urzekająca. Włóczyliśmy się uliczkami Limy od brzasku do wieczora. Nie wiem teraz czy to sół i dotyk bryzy, drobniutkie cząstki słonego oceanu, penetrujące powietrze, czy delikatne muśnięcia jej niewinnie i grzesznie długich, lekko falowanych włosów o pełnym zaczepnych iskier kolorze ciemno-blond sprawiły, że każdy dzień współpracy z tą modelką był nasycony magią. Szła zawsze przodem. Odkrywała przede mną i moją ekipą nowe, pełne czarów miejsca w Limie. Lecz najbardziej wyjątkowy był wieczór naszego pożegnania.

  Natalia zaprosiła mnie do domu. – Posible, que es la ultima vez quando nos vemos (możliwe, że to ostatni raz, kiedy się widzimy) – powiedziała cichym, dziewczęcym szeptem. Jej głos wydał się jeszcze bardziej dziewczęcy, niż zwykle – lecz było w nim tym razem coś, co mnie zaszokowało. Brzmiał niewinnie a zarazem zniewalająco namiętnie. Ze słowami: esperame aqui (poczekaj tutaj) – zniknęła w głębi domu.

  Czekałem na nią chłonąc całym sobą szept pobliskiego oceanu, dotyk wieczoru, tajemnicze powiewy podróży, które, w słonym, przybrzeżnym powietrzu, tak nachalnie wdzierały się w świadomość. „Tylko jeden, tylko jeden raz odwiedzamy świat” – przebrzmiała gdzieś w mych uszach piosenka zasłyszana w polskim radio.

  Po chwili Natalia wróciła z dwoma, przepięknie malowanymi tykwami. Potrząsała nimi, wydobywając z ich głębi delikatny szmer. Nuciła pięknie: powidoki, powidoki, powidoki…. Falujące włosy Natalii, kołysanie jej pełnymi, niczym dwie najdoskonalsze, wyłowione przez westalki bogini Pachamama konchy, dziewczęcymi biodrami, nataliowe oczy, sprawiające wrażenie dwóch przeczystej barwy szafirów, spowodowały, że na czas, gdy zniknęła znowu, zatopiłem się w marzeniach. Postawiła tykwy – jedną przede mną, drugą przed sobą. W kilka sekund, poruszając się tanecznym krokiem, była znów przy mnie, przynosząc tym razem malowany w indiańskie, magiczne wzory czajnik z wrzącą wodą.

  Na niebo wszedł okrąg pełni Księżyca, tańcząc we włosach Natalii i sprawiając, że jej oczy dopełniły się mroczną tajemnicą Wszechświata. Piliśmy yerba mate z dodatkiem jakichś ziół. – Seguramente es yerba y te de Inca – powiedziałem do niej zanurzając się w głębi pełnego, znanego mi dobrze smaku, lecz jakże innego, pełniejszego tego wieczora. – Si – uśmiechnęła się delikatnie – dolewając wody do mojej tykwy.

  Bombille lśniły w blasku Księżyca, Krzyża Południa i wszystkich gwiazdozbiorów okrywających niebo Limy. Rozmawialiśmy długo. Aż w pewnej chwili Natalia, wstając, kołysząc delikatnie biodrami i rzucając blask szafirem oczu, ujęła mnie za dłoń. – Vamos a bailar? (Zatańczymy?) – zapytała cicho…

  Wiem, że kilka metrów dzieliło nas od plaży. Ocean tańczył wraz z iskrami w jej oczach. Szliśmy prowadząc się za ręce, trzymając tykwy pełne yerby. Potem tańczyliśmy igrając z falami szafirowego od nocy oceanu. Natalia śpiewała pieśni huayno, cudowne i tęskne ballady po hiszpańsku i w Quechua. – Ojos azules no llores, no llores ni te enamores… Nie zakochujcie się oczy błękitne, i nie płaczcie. Całe szczęście, moje były piwne. Lima była daleko. Byłem tylko ja i ona i ten znany-nieznany smak yerba mate, tajemniczy, indiański, kreolski, taki, jak Natalia i jej magiczne, urzekające oczy i włosy.

  Przebudziłem się w południe. Słońce stało już wysoko. Hotel, szybkie pakowanie, bieg na samolot. Powracam tam, gdzie chyba tylko dzięki yerba mate będę mógł znów zakosztować jej dziewczęcych, magicznych ust.

  Wiem, że to, co przeżyłem tej nocy nie było zwykłą namiętnością. Było prawdziwą wszechświatową magią zaklętą w liście yerby, te de Inca i przecudne oczy oraz włosy Natalii.

MICHAŁ RABIEJ

Tekst nagrodzony w konkursie literackim „Zostań YerboPisarzem” – pierwsze miejsce

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij