Klienci polecają
  • Pipore Traditional Yerba Mate

    Autor: Marcin, Bielsko-Biała
    Miałem kilogram i bardzo szybko zniknął z półki. Yerba jakoś niedoceniana, ale to chyba kwestia marketingu, bo doprawdy jest zacna:)

Matka wszystkich krzewów

  Matka_wszystkich_krzewow

 

  Five o’clock. Nadszedł już czas by na wyspach brytyjskich rozpocząć codzienny rytuał picia herbaty. Do gabinetu Toma Ward’a wkroczył Ron jego służący.

  - Czas na herbatkę Sir – powiedział Ron wnosząc srebrną tacę. Leżący na niej ręcznie malowany imbryk buchał parą świeżo zaparzonej herbaty. Służący postawił tacę na dębowym biurku, wlał zielony napar do filiżanki i wyszedł zostawiając Ward’a samego.

  - Nawet popołudniowej herbatki nie może wypić w spokoju, w salonie…. W końcu zapracuje się na śmierć. – Ron, wracając do swoich obowiązków rozmyślał o wątłym zdrowiu swojego chlebodawcy.

  Thom Ward co dzień zaraz po powrocie z uczelni, na której był wykładowcą, zamykał się w swoim gabinecie, przygotowując się do kolejnych zajęć oraz zbierając materiały do swoich naukowych publikacji. Nie zwracał uwagi na swoje zdrowie, zazwyczaj jadał w pośpiechu, większość dnia spędzał przy biurku. Z reguły pochłonięty pracą zapominał o swoim ulubionym napoju – zielonej herbacie, którą Ron przygotowywał z wielką dbałością. Wypijał ją pośpiesznie na koniec dnia, była już wtedy zimna i niesmaczna.

  Ten dzień był jednak inny. W głowie wciąż krążyły mu słowa wypowiedziane przez jednego ze studentów, gdy w swoich opowieściach Ward nawiązał do postaci niewiernego Tomasza:

  - Tomasz, taki święty a yerba mate mi codziennie podpija – na sali rozległ się śmiech. Słowa te jednak nie rozweseliły wykładowcy. Od tej pory nie mógł się na niczym skupić.

  - YERBA MATE – składając swoje ponad stu kilowe cielsko w fotelu wciąż miał przed oczyma te dwa słowa – cóż to jest? – rozmyślał. Nie mogąc się nad niczym skupić, postanowił wypić łyk herbaty. Poczuł jak ciepły napar rozgrzewa jego wnętrzności. Natychmiast dostrzegł jak wraca mu zdolność do logicznego myślenia. Od razu zapisał słowa na kartce:

YERBA MATE

  - To pewnie jakiś anagram – pomyślał i zaczął pospiesznie przestawiać litery w słowach wierząc, że rozwiąże szyfr ukrywający jakąś wielką tajemnicę.

  - METR …  MARTY… MYTA RYBA – wypisywał na kartce kolejne wyrazy, które jednak nic mu nie mówiły – BRAMY TRYBEM – nic logicznego nie umiał wymyślić, więc szybko zaniechał dalszych prób.

  - Ron!!! – w domu rozległ się głos Ward’a – Ron, przyjdź tu natychmiast, jesteś mi bardzo potrzebny!

  Służący już wiedział o co chodzi. Tom Ward zawsze go wzywał, gdy potrzebował informacji wyszukanych w Internecie. Jako człowiek starej daty nigdy nie nauczył się korzystać w pełni z tej „piekielnej maszyny.” Jego aktywność ograniczała się jedynie do obsługi poczty elektronicznej. Zdawał sobie sprawę jak bardzo zawęża to jego obszar działania, jednak wiedział, że zawsze może liczyć na swojego poddanego, który był zaznajomiony z tajnikami informatyki.

  - Tak Sir. ? – zapytał zdyszany Ron – W czym mogę pomóc?

  - Usiądź proszę – Ward opowiedział mu całe dzisiejsze zdarzenie. – Może ty wiesz co to jest ta Yerba Mate? No i co z tym wspólnego ma święty Tomasz? – zadał pytanie, lecz wiedział, że nie uzyska na nie odpowiedzi. Ron również nie słyszał nigdy o czymś takim. Nie miał pojęcia co to jest. Podszedł więc do biurka umieszczonego na drugim końcu gabinetu. Stał na nim załączony komputer.

  - Panie, tutaj na pewno znajdziemy jakieś informacje – wystukał pospiesznie na klawiaturze dwa tajemnicze słowa. Nim profesor doszedł na miejsce, na monitorze wyświetliły się już wyniki wyszukiwania. Ron kliknął na pierwszą z rzędu stronę, było na niej kilka ogólnych informacji, które jedynie rozbudziły ciekawość Ward’a.

  ILEX PARAGUARIENSIS… OSTROKRZEW PARAGWAJSKI… AMERYKA POŁUDNIOWA… PLEMIE GUARANI…. PARAGWAJ… MATERO…. BOMBILLA… RYTUAŁ

  Wykładowca wertował wzrokiem tekst wyłapując poszczególne słowa. Ron spoglądając na twarz swojego pana, wiedział już co się święci. Tom Ward znany był w młodości ze swoich licznych ekscytujących wypraw w poszukiwaniu tajemnic. Ron towarzyszył mu w niektórych z nich, jednak od pewnego czasu gdy zdrowie Ward’a się pogorszyło musieli zaprzestać tych wypraw. Wzrok Sir Tomasa zdradzał jednak wszystko, służący widział w jego oczach powracający, młodzieńczy wigor i chęć do działania.

  - Ron, szykuj się do podróży. Cel: Ameryka Południowa, wyruszamy o świcie – powiedział z zapałem Ward – Mam nadzieję że mój prywatny helikopter zdolny jest jeszcze do lotu, dawno z niego nie korzystaliśmy. – Ron przytaknął.

* * *

  W samo południe helikopter wiozący na pokładzie Toma Warda oraz jego służącego (miał on uprawnienia pilota), wylądował na polanie w puszczy zamieszkałej niegdyś przez Indian Guarani, gdzieś pomiędzy wybrzeżem Oceanu Atlantyckiego a zboczami Andów.

  - Musimy ich odnaleźć, musimy dotrzeć do ostatniej wioski tych Indian, musimy.. – W tonie jego głosu można było usłyszeć oznaki obsesji – Musimy się dowiedzieć co to jest to yerba mate, z pierwotnego źródła, odkryć jego tajemnice. Skierujmy się na północ, z naszych informacji wynika, że tam właśnie powinna znajdować się wioska Guarani. – Ron wziął na plecy potrzebny do wyprawy sprzęt i żwawo zaczął przedzierać się przez gęstą puszczę, nie zwracając uwagi na Ward’a, który z trudem dotrzymywał mu tempa.

  Po godzinnym marszu Tom Ward był już wykończony nogi odmawiały mu posłuszeństwa, a jego entuzjazm wyraźnie ostygł. Miał już prosić swojego dzielnego i nie strudzonego w marszu służącego o przerwę gdy do ich uszu doszły jakieś dziwne dźwięki.

  - Ron, słyszałem jakby ludzkie głosy, dobiegały stamtąd – wskazał palcem kierunek – nie spodziewałem się ze odnajdziemy ich tak szybko, podejdźmy bliżej i obserwujmy ich – wyszeptał. Cichutko zaczęli skradać się w kierunku słyszanego dźwięku, słowa wypowiadane przez tubylców stawały się coraz głośniejsze, jednak ani Ward, ani Ron ich nie rozumieli, znaleźli więc sobie kryjówkę i obserwowali z ukrycia mieszkańców maleńkiej wioski. Byli oni zajęci swoimi codziennymi sprawami, kobiety gotowały jakieś posiłki przy ognisku, mężczyźni przygotowywali się do jutrzejszego polowania, a dzieci biegały między nimi z roześmianymi twarzami. Ich czerwona skóra, przysłonięta skromnym odzieniem, smagana była palącym słońcem.

  Tom Ward obserwując z ukrycia życie wioski był pewny, że za chwilę pozna tajemnicę która go tu przywiodła, tajemnicę yerba mate. Jednak tego, co stało się za chwilę nie mógł przewidzieć, wielki owad usiadł mu na nosie i niespodziewanie zaczął kichać. Głośne APSIK wyrwało ze spokoju Indian Guarani. Kobiety i dzieci schowały się w szałasach, a mężczyźni chwycili za włócznie i ruszyli w kierunku kryjówki. Gdy dwaj Indianie pochwycili profesora, trzeci przytknął mu włócznie wprost do gardła. Z Ronem stało się tak samo. Indianie zaczęli zadawać pytania w jedynie sobie znanym języku, Ward myślał już o najgorszym – zaraz zginiemy, całe życie przeleciało mu przed oczyma. Ron nagle zaczął krzyczeć:

  - YERBA MATE! YERBA MATE!!! – miny Indian nagle jakby złagodniały, a strażnicy z włóczniami, odsunęli je od gardeł przybyszów. Zaciągnęli ich do wioski i zamknęli w jednym z szałasów.

* * *

  Minęła chyba doba gdy do Toma i Rona ktoś przybył. Przez cały ten czas zamartwiali się co z nimi będzie. Osoba która do nich przyszła zdawała się inna od tubylców, podobna bardziej do nich. Był to wysoki szczupły mężczyzna o białej skórze, szedł podpierając się laską, co zdradzało jego sędziwy wiek. Przemówił do nich w znanym im języku (był on amerykańskim podróżnikiem, który postanowił swoje życie spędzić wśród plemienia Guarani, a oni przyjęli go jak swojego):

  - Wpakowaliście się w niezłe tarapaty, macie jednak szczęście, że tak was potraktowali. Czego chcecie? Czego tu szukacie?

  - Przybyliśmy by odkryć tajemnicę Yerba Mate… – z drżącym głosem odpowiedział Ward.

  - Tylko to was uratowało – wypowiedzieliście nazwę najświętszej i najwartościowszej dla tego plemienia rzeczy. Święty krzew utrzymuje ich przy życiu. To że wypowiedzieliście jego nazwę uratowało i was. Teraz musicie zdobyć ich zaufanie. Wtedy być może poznacie czym jest prawdziwa Yerba Mate.

* * *

  Dwa tygodnie później po ciężkich próbach inicjacyjnych Tom i jego służący zyskali zaufanie Indian. Tego dnia mogli oni uczestniczyć we wspaniałym rytuale, który dotychczas jedynie obserwowali z daleka. Najpierw musieli oni jednak udać się w daleką wędrówkę po święte ziele – Ilex Paraguariensis. Wyruszyli już o świcie wraz z dwoma uzbrojonymi w włócznie mieszkańcami plemienia. Ron niósł na plecach kosz w którym miał przynieść roślinę. Amerykanin mówił że to będzie ciężka wędrówka, ale opłacalna. W miejscu w które się wybierają rośnie najstarszy na ziemi ostrokrzew paragwajski – matka wszystkich krzewów.

  - Nie dam już rady iść dalej – wysapał z trudem Tom Ward. Jego nogi odmawiały posłuszeństwa czuł w nich okropny palący ból, który był trudny do wytrzymania. Pot spływał po jego czole i tłustych policzkach, ubranie mokre od potu przylepiło się do jego skóry, dawało to niemiłe uczucie zimna.

  - Panie musisz to wytrzymać. Jeszcze trochę, a będziemy u celu, zobaczymy święty krzew. – Ron pocieszał swojego chlebodawcę, samemu próbując ukryć oznak zmęczenia. Słowa te jednak dodały siły Ward’owi.

  Pół godziny później znaleźli się na niewielkiej polanie, a ich oczom ukazało się coś niezwykłego. Pośrodku, wśród gęstej trawy rosło samotne drzewo. Ostrokrzew Paragwajski sięgał wysokości 15 metrów, a jego zimnozielone liście błyszczały w słońcu. Tom Ward patrzał z zachwytem na tę roślinę gdy Indianie podeszli do niej i zaczęli oddawać pokłony. Hołd dla matki wszystkich krzewów. Następnie dali sygnał gestem, by Ron położył kosz na ziemi i cała czwórka zaczęła zrywać delikatne liście.

  Droga powrotna dla Warda była równie mecząca, lecz to co stało się tuż przed zachodem słońca było wystarczającą nagrodą. Mieszkańcy plemienia zasiedli w kręgu na środku wioski, pośrodku w wielkim kotle na ognisku grzała się powoli woda. Stary Indianin – wódz plemienia napełniał tykwę zmielonymi liśćmi ostrokrzewu, po czym podszedł do kotła z wodą, która jeszcze nie zaczęła wrzeć. Nalał powoli porcję wody, odłożył tykwę i czekał. Ward dostrzegł, że woda zaczyna znikać.

  - To święty Tomasz wypija pierwszą porcję – szepnął mu do ucha Amerykanin – dzięki temu nawet gdy jesteś sam, nie pijesz Yerby samotnie. – Słowa te wyjaśniły wszystko, Tom już wiedział o czym mówił jego student.

  Gdy święty Tomasz zaspokoił swoje pragnienie, Indianin wlał do tykwy kolejną porcję wody i wypił jej zawartość. Ron zdziwił się, że wódz tak postępuje. Dla niego jest to niewyobrażalne, by najpierw obsłużyć siebie, bądź swojego pana nie zważając na gości. Dopiero później stary Amerykanin wyjaśnił mu, że pierwszy napar jest niesmaczny i dlatego gospodarz pije pierwszy, niektórzy nawet wypluwają pierwszy łyk. Wódz tego nie zrobił, wypił przez metalową rurkę cały płyn po czym znowu napełnił naczynie wodą. Podał je siedzącej po prawej jego stronie Indiance ona również wypiła i oddała mu. Akt powtarzał się, aż przyszła kolej na Sir Tomasa Ward’a. Odebrał on tykwę z rąk wodza i z niepewnością przytkną metalową rurkę do ust. Napar był gorzki i cierpki w smaku, a jego temperatura idealna do picia. Ward postanowił wypić wszystko na raz by, jak najkrócej czuć ten smak.

  - Nie dziękuj – Amerykanin rzucił podpowiedź, gdy Tom oddawał gospodarzowi tykwę. Tak też zrobił oddał ją nie wypowiadając ani słowa. Czuł jak napar wypełnia jego wnętrzności, przynosząc efekt łagodnego i przyjemnego pobudzenia.

  Tykwa zatoczyła koło i rozpoczęła się nowa kolejka. Ron dostrzegł że siedzący w kręgu Indianie, którzy podziękowali gospodarzowi są pominięci. Ward również zrozumiał wskazówkę Amerykanina. Naczynie dotarło do nich szybciej niż poprzednim razem. Smak był łagodniejszy, ale jeszcze długo utrzymywał się na ich podniebieniu. Obaj podziękowali i siedząc w kręgu czekali na koniec rytuału. Tykwa jeszcze trzy razy krążyła wokół siedzących, omijając tych, którzy podziękowali. Stary Indianin napełnił po raz ostatni tykwę i wylał jej zawartość na ziemię. Ostatnie zalanie dla Matki Ziemi dającej nam w darze Święte Ziele.

* * *

  Tom Ward otworzył oczy i dostrzegł że znajduje się w swoim uniwersyteckim gabinecie, siedział w fotelu i nie czuł się dobrze. Wokół niego stała grupka zaniepokojonych studentów.

  - Co się stało? Gdzie jestem? Co się stało z Ronem? – zapytał ich.

  - Zasłabł Pan w czasie wykładu. Pogotowie jest już w drodze – odpowiedział jeden ze studentów. Nagle do gabinetu wkroczyli lekarze i zabrali Sir Ward’a do szpitala. Zaczął on sobie powoli uświadamiać, że cała paragwajska przygoda była tylko złudzeniem, snem. Jednak coś w nim pękło, postanowił zmienić swoje życie.

  Po wyjściu ze szpitala odnalazł sklep z Yerba Mate i kupił jej dość spory zapas oraz wszystkie potrzebne akcesoria do jej przyrządzania. Zaczął dbać o siebie, jadł regularnie i więcej się ruszał.

  Rok później był już innym człowiekiem. Schudł, był pełen energii i wigoru, odnowił swoje relacje ze znajomymi, których przekonał do picia yerby (zielona herbata poszła w odstawkę). Podawał ją im zawsze przestrzegając rytualnych zasad. Jego relacje ze studentami również się poprawiły, po zajęciach dyskutował z nimi i wymieniał swoje doświadczenia. W końcu znaleźli swój wspólny język – dzięki temu został wybrany wykładowcą roku.

  Rona ucieszyła nie tylko poprawa stanu zdrowia swojego pana, ale również to, że zaczął on planować prawdziwą wspólną podróż w poszukiwaniu matki wszystkich krzewów.

MATEUSZ GIERCZAK

Tekst nagrodzony w konkursie literackim „Zostań YerboPisarzem” – trzecie miejsce

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij